Dziennik z chaty · esej III

grudzień · choinka

Iglak Schrödingera

O choince, kocie i tych mądrościach przodków, które bezpowrotnie utraciliśmy.

Oto nadszedł ten magiczny dzień w roku, kiedy na honorowym miejscu w salonie stawiamy truchełko drzewka wydartego matce naturze. Czy może być lepszy sposób uczczenia narodzin Boga niż obwieszenie pełnego pająków iglaka plastikowymi zabawkami dla kota?

Tradycję robienia z choinki przebierańca zawdzięczamy Niemcom. Natury nie oszukasz, dlatego ozdoby nazywamy bombkami. Pierwotnie nasi sąsiedzi wieszali jednak drzewko do góry nogami, co ma sens, bo wtedy kot na nią nie właził.

To jedna z tych mądrości przodków, które bezpowrotnie utraciliśmy.

Marcin Luter ponoć zobaczył kiedyś nocą sosnę, na której świeciły gwiazdy, i się zafascynował. Dorzeźbił do tego mistycznych rzeczy, a potem zabory zrobiły swoje. Watykan oficjalnie przyklepał choinkę dopiero w 1982. Bonifacy ścinał święte dęby Sasów, Egipcjanie wnosili palmy do domów na przesileniu, Rzymianie świętowali Saturnalia z gałązkami sosny, a Wikingowie mieli Yggdrasila, święte drzewo, które trzymało im świat.

Słowianie z kolei mieli Szczodre Gody i diducha, czyli snopek z pierwszego zboża ściętego w czasie żniw. Później przerzuciliśmy się na jemiołę pod sufitem albo czubek Iglaka, aby ostatecznie skończyć z plastikowym drzewkiem Schrödingera, które jednocześnie stoi i nie stoi, dopóki nie sprawdzimy, co kot wyprawia w pokoju.