W marcu 1802 roku około pięciu tysięcy polskich żołnierzy weszło na statki w Genui. Napoleon kazał im płynąć na Saint-Domingue, dziś Haiti, żeby stłumić powstanie niewolników. Powstanie szło już od dziesięciu lat, najpierw przeciwko Francuzom, potem Hiszpanom, teraz znowu Francuzom. Czarni niewolnicy ogłosili się wolnymi i nie chcieli wrócić.
Polacy ruszyli, bo Napoleon obiecał, że za tę kampanię odda im niepodległość. Rok wcześniej rozebrana ojczyzna, pięć lat wcześniej Legiony Dąbrowskiego, „wolność wasza i nasza", marsz po Włoszech. Wszystko ich uczyło, że walczy się o wolność. A tu zadanie odwrotne, tłumić wolność.
Doszli we wrześniu. Z pięciu tysięcy ponad cztery tysiące umarło, większość na żółtą febrę w pierwsze dwa tygodnie. Pozostali patrzyli, jak Francuzi w tropikalnych mundurach pędzą do walki czarnych ludzi, którzy chcą wolności tak samo jak Polacy w Warszawie.
Pięciuset z tych, co zostali, zdezerterowało i przeszło na stronę powstańców.
Pierwszego stycznia 1804 Jean-Jacques Dessalines, były niewolnik, ogłosił Haiti niepodległym. W lutym i marcu jego ludzie wymordowali większość białych Francuzów. Polaków wyłączył osobno. W konstytucji wpisał ich jako Noir, czarnych. W przemówieniu nazwał ich „Białymi Murzynami Europy". Wiedział, że jedni i drudzy mieli rozebraną ojczyznę.
Ich potomkowie żyją do dziś w paru wioskach w górach Haiti, najwięcej w Cazale. Mają trochę jaśniejszą skórę, niektórzy do dziś wiedzą, że ich pradziadek przyszedł z Polski. Nazywa się ich „Poloné".
W tornistrach polskich legionistów były obrazki Matki Boskiej Częstochowskiej. Czarna, z dzieckiem, z dwiema bliznami na prawym policzku po szabli husyckiej z 1430 roku. W haitańskim Vodou rozwinęła się przez lata postać Erzulie Dantor, jedna z najsilniejszych duchów wyspy. Wygląda tak samo. Czarna kobieta z dzieckiem na ręku, dwie blizny na prawym policzku, opiekunka samotnych matek i kobiet pokrzywdzonych.
Niektórzy badacze, między innymi Kate Kingsbury z Oksfordu i Elizabeth Abbott, wskazują, że to nie przypadek. Obrazek polskiego legionisty zostawiony w chacie powstańca po dwóch wiekach stał się ołtarzem w innym kościele.
Można się sprzeczać, czy to udowodnione, czy ładna hipoteza. Co jest pewne, to liczby. Pięć tysięcy. Cztery tysiące zmarłych. Pięciuset, którzy powiedzieli, dosyć. Konstytucja, która ich uznała za swoich.
Ja patrzę na ten obrazek Erzulie Dantor i widzę babcię, która szła do cerkwi w Hajnówce w 1958 roku. Ten sam płaszcz, ta sama blizna, to samo dziecko na ręku. I myślę sobie, że matka jest matką wszędzie, niezależnie od tego, jak nazywa ją gospodarz domu.